poniedziałek, 18 sierpnia 2014

zakochać się w Trójmieście

wakacje chyba nieodmiennie będę kojarzyć z morzem. a jeśli nie bezpośrednio z morzem to na pewno z wodą. dwa lata temu zakochałam się w Trójmieście i od tamtej pory nie wybiorę innego miejsca na spotkanie z morzem (ok, mogę je zdradzić tylko dla Lazurowego Wybrzeża!). w tym roku był to więc trzeci raz, a można powiedzieć, że zaliczyłam też czwarty, bo byłam tam ostatnio dwa razy. z ręką na sercu mówię, że Trójmiasto nie może się znudzić. zawsze znajdę tam coś nowego, a nawet jeśli spaceruję i odwiedzam coś, co już znam, to zawsze mogę poznać te miejsca na nowo, głębiej lub po prostu cieszyć oko najprzyjemniejszymi, znajomymi widokami, smakami, zapachami. chociaż jestem zmarzluchem, marzy mi się odwiedzić morze w zimie - na pewno jest wtedy pełne nowej, zachwycającej aury. tu właśnie możemy też mówić o starych nowościach. niby to samo miejsce, choćby molo, ale inne o poranku, wieczorem, w słońcu lub w śniegu. w tym roku widziałam Sopot w deszczu, a wcześniej zawsze trafiałam na słoneczne pogody. w każdym bądź razie, obok serca Sopotu, odnalazłam Bookarnię (ul. Haffnera 7/9).


czyli kawiarnię-księgarnię-czytelnię.
kawiarnia oferuje pyszne kawy (ceny 6-12zł), gorące czekolady (10-12zł), liściaste herbaty w dużym dzbaneczku (7-9,50zł)  oraz świeże, smaczne, własne ciasta (9-11zł), a co najważniejsze - również regały książek do poczytania przy ulubionym napoju i ciastku. książki są posegregowane na literaturę obcą, polską, biografię, psychologię, czy sztukę... łatwo się tam odnaleźć i jedynym problemem jest... za duży wybór! moje oczy chłonęły tytuły książek, które od dawna miałam w planach przeczytać, ale też mniej znane, które zaciekawiały tytułem, okładką i opisem. ostatecznie, razem z Mamą, najchętniej wzięłybyśmy do swojego stolika po dziesięć książek! książki można czytać za darmo, ale można też kupować i zabierać ze sobą do domku.


***
jest taki jeden bar, z tych przymorskich, pełnych od zapachów świeżych ryb i smażonych frytek, do którego chodzę niemal codziennie będąc w Sopocie. najlepszy obiad nad morzem to oczywiście ryba, dla mnie koniecznie przy plaży - klimat musi być! mowa teraz o Barze Przystań, do którego z mola prowadzi fajny deptak, lub oczywiście można iść też plażą. 


to co najlepsze posiadają w swojej ofercie, to ich wyjątkowy specjał - zupa rybna. składa się z wielu rodzai ryb (od łososia, po dorsza, przez solę), wyraziście i pikantnie doprawiona, najlepsza jaką w życiu jadłam, bardzo uzależniająca! bar oferuje również ryby pieczone, co dla mnie jest wielkim plusem, bo rzadko na to natrafiam, a także łososia gotowanego na parze. jeśli jednak jesteś fanem klasyki - ryb smażonych nie brak! w dodatkach też niezły wybór - frytki, ziemniaki, krążki cebulowe, bułka, chleb, surówki, warzywa gotowane... a na deser przystawki lub, późniejszą porą, podwieczorek/kolację - śledzie w różnych sosach, sałatki rybne, placki ziemniaczane... naprawdę jest w czym wybierać, ceny nie powalają z nóg, a smaki nie do zapomnienia. uwierzcie - jak raz tam pójdziecie, to będziecie wracać. niech Was tylko nie odstraszy kolejka (zwłaszcza w porze obiadowej), ona tylko potwierdza wspaniałość dań! żebym nie zapomniałam, znajdziecie tutaj również pomieszczenie z kawą i słodkimi przekąskami. tam nie byłam, bo zawsze wolałam ryby ;)



***
ale przecież wizyta w Trójmieście to nie tylko Sopot. obowiązkowo trzeba odwiedzić starówkę w Gdańsku, przejechać się kolejką, a dla odważniejszych - skoczyć z bangue. :) po atrakcjach i adrenalinie zapraszam do odwiedzenia kawiarni (ja bym powiedziała, że kawiarnio-herbaciarni) Retro (ul. Piwna 5/6). jeszcze nigdy nie byłam w tak klimatycznej kawiarni. oni sami nazywają siebie "kawiarnią z duszą" i powiem Wam szczerze, że coś w tym jest! jeszcze nigdy nie piłam tak idealnie przyrządzonej herbaty (a jestem od niej uzależniona, więc herbaciarnie to moje przyjaciółki), a co więcej - nigdy nie miałam aż takiego dylematu, którą herbatę wybrać, a naprawdę wybór jest spory! ostatecznie wybrałam "cud miód malina", zieloną herbatę z organicznym syropem malinowym, świeżymi malinami, świeżą cytryną, imbirem, goździkami i pomarańczą. WOW! herbaciana bomba smakowa! ale w Retro przecież tylko takie. kawiarnia ma w swojej ofercie również pyszne kawy, smakowe, klasyczne, fanaberyjne specjały  (jeśli chodzi o mleko - do wyboru są również wersje wegańskie i dacie wiarę, że, oprócz sojowego klasyku, znajdziecie tam mleko orzechowe? ja nie mogłam uwierzyć, pierwszy raz się z tym spotkałam w kawiarni). do kawy czy herbaty najlepiej smakuje domowe ciasto, prawda? takimi niesamowitymi ciasta własnego wypieku, bez białej mąki i białego cukru, z opcją wegańską (i te trzy rzeczy już powinny stawiać na podium Retro, ponieważ jest to definitywnie za mało spotykane!), najświeższymi i najsmaczniejszymi możemy się tutaj delektować! oczywiście w lecie możemy zasiąść na dworze, w zimie w ciepłym lokalu, pięknie udekorowanym - aż nie chce się wychodzić! 



***




niedziela, 6 lipca 2014

wegańskie ciasto bananowe z jagodami




na niedzielę. na wakacje. chill out na tarasie (balkon i parapet też się liczy!), nad morzem lub w pociągu do wspaniałej pracy ;)
ukochany sezon jagodowy w pełni.

wegańskie ciasto bananowe z jagodami
(1 keksówka)
(wszystkie składniki w temperaturze pokojowej)

1,5 szklanki mąki (u mnie szklanka orkiszowej i pół szklanki pełnoziarnistej, polecam)
1/3 szklanki cukru trzcinowego
1/4 szklanki delikatnego oleju (z pestek winogron lub rzepakowy)
1/2 szklanki mleka sojowego
2 dojrzałe banany
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki jagód
szczypta soli

w mniejszej miseczce wymieszać suche składniki (mąkę, proszek i sól), a w większej połączyć cukier z olejem. banany dobrze rozgnieść lub nawet zblenderować na mus, dodać do większej miski razem z mlekiem. suche składniki przełożyć do mokrych i wszystko razem porządnie wymieszać łyżką. na koniec dodać umyte jagody i delikatnie wymieszać. przelać masę do keksówki.
piekarnik nagrzać do 180*C i piec przez 45 minut.


środa, 2 lipca 2014

szczypta weny, bataty i szpinak

pewnego dnia, w pewnym sklepie, zadowolona z siebie, w końcu trafiłam na bataty. bez namysłu zabrałam kilka do koszyka, nie zważając na ich cenę, a w głowie planując już nowy przepis! tak właśnie zaplanowałam poniższe placki, jednak opisana wyżej przygoda miała miejsce dobre półtora miesiąca temu. bataty musiały się więc naczekać, bo ani razu przez ten czas nie było odpowiedniego na nie czasu, wliczając w to zapominanie o nich, albo po prostu brak ochoty. cała ja. ostatnio miałam ochotę na sernik, kupiłam kilo sera w przecenie, ale w domu okazało się, że nie mam ochoty stać przy garach, piekarniku i wogóle w kuchni. (z sera wyszedł pyszny koktajl sernikowy za to). czasem jednak po czasie, po namyśle i z większą weną wychodzą lepsze rzeczy niż te, które w przypływie nagłej, dziwnej ochoty lub zwykłej chęci zabicia czasu robi się na szybko, byleby było, byleby zrobić. 
dzisiejsze placki są więc jak najbardziej smaczne, w końcu robione ze szczyptą weny i bez pośpiechu ;) przegryza się w nich smak słodkich ziemniaków ze słonymi przyprawami, co daje świetny efekt smakowy. jeśli natraficie kiedyś na bataty, kupujcie! i koniecznie nie chowajcie ich w czeluściach lodówki czy szafek, czy zakopane pod innymi warzywami. po prostu zabierzcie się za gotowanie. na pewno będzie się opłacać! 



placki z batatów ze szpinakiem
(ok. 12 sztuk)

- 0,5 kg batatów
- szklanka umytego szpinaku
- 3 łyżki zmielonego lnu + łyżka wody (wersja niewegańska: 1 jajko)
- 1 łyżka oliwy z oliwek
- pół łyżeczki niesłodkiej papryki w proszku / lub czubrycy czerwonej
- sól i pieprz do smaku

mielony len połączyć z wodą i odstawić na bok (powinien zrobić się bardzo gęsty)
bataty zmielić, tak jak przy zwykłych plackach ziemniaczanych. szpinak pokroić na trochę mniejsze części, dodać do ziemniaków z oliwą z oliwek i przyprawami. na koniec dodać len. 
na patelni rozgrzać trochę tłuszczu, smażyć niewielkie placki z obu stron po kilka minut.
smacznego.


akcja:
Wegetariański obiad III