piątek, 13 marca 2015

Wegańskie ciasto cytrynowe z kremem kokosowym na przeprosiny

Nie jestem dobrą blogerką. Systematyczność to mój wróg number 1, dziewczyńskimi humorkami miewam wahania weny, chcę robić milion rzeczy naraz, po czym w rezultacie nie mam czasu na dopięcie wszystkiego. I jeszcze te prześladowania perfekcjonizmu - solidnie daje mi znać o jakości bloga. Osiągnięte cechy dobrej blogerki: zero. Wierzę jednak, że dobrym, wegańskim, zdrowym, słodkim i rozkosznym ciastem (przepis na dole) udobrucham Was i wrócicie do mnie. Kto by się gniewał przy takich słodkościach, prawda? Do tego, już pracuję nad nowymi tekstami i coraz częściej myślę o fotografowaniu swoich kulinarnych poczynań, żeby móc dzielić się z Wami smakami. Nie przedłużam, nie przedłużam, łapcie przepis! :)


 
Wegański biszkopt cytrynowy przełożony kremem kokosowym

2 szklanki mąki 
1 szklanka mleka roślinnego (używałam sojowe) 
 3/4 szklanki brązowego cukru 
1/2 szklanki oleju (rzepakowy lub winogronowy sprawdza się najlepiej)
 2 łyżeczki proszku do pieczenia 
otarta skórka z 2 sparzonych cytryn 
sok z 2 cytryn 
szczypta soli

krem: 200g wiórków kokosowych i mała puszka mleczka kokosowego mocno schłodzonego


Sok z cytryny i skórkę z cytryny mieszamy z olejem i mlekiem, następnie dodajemy cukier i miksujemy na gładką emulsję. W większej misce mieszamy mąkę, proszek i szczyptę soli, następnie do suchych składników dodajemy mokre. Wszystko wlewamy do foremki posmarowanej olejem i pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 40-45 minut. W międzyczasie przygotowujemy krem do ciasta -  wszystkie składniki bardzo dokładnie blendujemy na gładką masę. 
Kiedy ciasto się upiecze i wystygnie, kroimy je na pół, nakładamy krem, przykrywamy i próbujemy!

niedziela, 18 stycznia 2015

Mity w szaleństwie odchudzania

Zewsząd otaczamy się dietetycznymi regułkami, które mają pomóc nam na drodze do upragnionego celu – schudnięcia. Uczymy się na pamięć zasad  i wierzymy, że to wszystko zmieni. Tylko, czy aby na pewno warto powierzać tyle wiary w mity?



Po pierwsze: ŁĄCZENIE BIAŁEK Z WĘGLOWODANAMI
Podobno to bardzo niezdrowe, ponieważ spożywanie takich posiłków utrudnia trawienie. To przekonanie powstało najprawdopodobniej z popularnej swojego czasu diety dr. Haya, jednak nie wiele ma w sobie sensu. Większość z produktów, które spożywamy same w sobie zawierają zarówno węglowodany, jak i białka. To, że ryż klasyfikujemy do grupy węglowodanów nie znaczy, że nie jest on również dobrym źródłem białka. Dokładnie mówiąc, oznacza to, że nasz organizm od zawsze prawidłowo trawiąc taki ryż, kaszę, płatki owsiane i wiele innych produktów, potrzebuje wydzielać wszystkie enzymy, by pomyślnie i kompletnie zakończyć proces. Nie ma więc różnicy czy zjemy sam ryż, czy z dodatkiem ryby.

Po drugie: ZIEMNIAKI I CHLEB TUCZĄ
Zapewne jedzenie każdej żywności w nadmiarze w końcu spowoduje tycie. Choć oba te produkty zawierają dużo węglowodanów nie znaczy to, że samoistnie spowodują wzrost wagi. Wystarczy znaleźć swój umiar w spożywaniu ich oraz pamiętać o tym, że:
- same ziemniaki są mało kaloryczne, zawierają 77 kcal na 100g. Pamiętajmy, że to, co powoduje wzrost wagi, to wszelakie sposoby na jakie podajemy ziemniaki (frytki, odsmażane talarki) oraz dodatki, z którymi je jemy (śmietanowe sosy, tłuste i dodatkowo smażone mięsa).
- jeśli zaś chodzi o chleb – te z dobrej mąki, tj. razowa, orkiszowa czy żytnia zawierają bardzo dużo mikro i makroelementów, a przede wszystkim błonnika wspomagającego odchudzanie, więc na drodze zdrowego odżywiania warto sięgać właśnie po takie pieczywo zamiast pszennego oraz starannie dobierać dodatki z jakimi robimy kanapki.

Po trzecie: PRODUKTY TYPU LIGHT TO PRODUKTY NA ODCHUDZANIE
Nie do końca. Decydując się na takie produkty, musimy zawsze zwracać uwagę na etykiety. Bardzo często, żeby nadać konsystencję oraz smak, za który w normalnym produkcie odpowiedzialny był tłuszcz, w zamian dodaje się dużo cukrów, konserwantów oraz wszelkiego typu chemicznych stabilizatorów. Jest to np. guma ksantanowa, guma guar, a nawet najgorsze konserwanty. W napojach typu light, cukier zastępuje się aspartamem- słodzikiem 40-krotnie mniej kalorycznym od cukru, lecz równie niezdrowym. Ponadto pamiętajmy, że tłuszcz każdemu z nas jest potrzebny, oczywiście w mniejszej ilości niż podstawowe węglowodany czy białka, lecz nadal potrzebny. Niektóre z witamin, tj. A, D, E, K, organizm może spożytkować tylko w obecności tłuszczu, a ponadto tłuszcz jest budulcem dla wielu komórek. Należy też rozróżniać tłuszcze dobre (są to głównie oleje roślinne, tłuszcze zawarte w morskich rybach, orzechach, pestkach) i złe (zawarte w produktach pochodzenia zwierzęcego, z wyjątkiem wspomnianych ryb).

Po czwarte: NIEJEDZENIE ZNACZY CHUDNIĘCIE
To chyba jeden z najgorszych mitów! Nie jedząc organizm człowieka nagle dostaje szoku, ale też szybko się uczy i szybko spowalnia swój metabolizm do nowych reguł, które mu narzucamy. Właśnie przez to bardzo często na wstępie wcale nie chudniemy dzięki głodówce, a dopiero wtedy, kiedy dochodzimy do początkowej fazy osłabienia czy wycieńczenia organizmu. Mięsień nieużywany zanika, każdy z nas dobrze o tym wie. Przypadek niejedzenia można całkowicie do tego porównać- narządy odpowiedzialne za trawienie szybko rozleniwiają się z braku pracy, tym samym nasz metabolizm znacznie się pogarsza. Ponadto głodówki niezaprzeczalnie szkodzą całemu naszemu zdrowiu. Mianowicie, osłabia się organizm, zaczynają wypadać włosy, łamią się paznokcie, skóra jest przesuszona, a ciało emanuje brakiem sił i sennością. Czy aby na pewno dążenie po trupach do celu to dobry plan? Szaleństwo odchudzania potrafi ludzi nieźle omamić i wpędzić w błędne koło, warto jednak nie zaniedbywać zdrowia, w końcu  mamy je jedno na całe życie.


sobota, 13 grudnia 2014

Espirit Dior Tokyo 2015

Myślę, że każda modelka ma swój szczyt marzeń. Otworzenie lub zamknięcie pokazu Chanel, zrobienie kampanii Versace, pojawienie się na okładce Vogue. Ja, choć niezmiernie marzę o wielu sesjach, o współpracach z wieloma fotografami czy projektantami, o rozwoju krok za krokiem (nawet wtedy, gdy kroczki te są milimetrowe), to moim szczytem marzeń oraz spełnieniem się jest zostanie modelką dla Diora. Nie potrafię zdecydować się na sesję kampanii lub pokaz. Po prostu Dior. Ten Dior, który nigdy nie zawiedzie, który każdą kolekcją zapiera dech w piersiach. Ten Dior, gdzie ciuch wydaje się być na wagę złota, gdzie ciuch jest metaforą "nieoszlifowanego diamentu". Estetyka Diora jest jedna i niepowtarzalna. Kiedy widzę zdjęcie, na którym osoba ma na sobie właśnie TEN ciuch, ja wiem, że to jest właśnie Dior. Tak duża charakterystyczność to ogromne osiągnięcie, którą niewiele marek może się pochwalić. Owszem nie zapominajmy o Chanel, Versace czy Valentino, jednak w gąszczu projektanckiego szału, charakterystyczność jest naprawdę rzadkością. 

Tym razem Dior zabiera nas do stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni - Tokyo. Ogromna scena wybiegowa, setki widzów, dynamiczna muzyka, fantastyczna choreografia (Dior to nie typ choreografii typu "przejdź się do przodu i wróć), sztuczny śnieg i piękne światła. Wszystko razem współgra i nadaje klimat w dwustu procentach, wszystko jest dopięte na ostatni guzik. To perfekcja. Tym razem Dior wprowadza nas w swój świat z nowoczesną nutą. Swoją rolę odgrywa tu futuryzm, imprezowa nonszalancja, o wiele więcej koloru niż zwykle, a nawet mała inspiracja stylem japońskim. Lecz nie bójcie się, mangi w kolekcji nie zobaczycie! Ostatecznie główne role zbiera dziewczęca kobiecość pisana eleganckim językiem Diora. Na wybiegu króluje znak rozpoznawszy Domu Mody - talia, wszędzie talia (oprócz dosłownie czterech sylwetek z 63). To tutaj od lat kobiecość podkreśla się właśnie tym elementem. W latach 40' znakiem rozpoznawczym samego Christiana Diora stał się projekt tzw. "Bar suit", czyli coś na styl żakietu w kształcie klepsydry, bardzo mocno zwężanego w talii i z dużą baskinką optycznie powiększającą biodra, a jeszcze bardziej zwężającą talię. Bar suit nieustannie jest motywem przewodnim kolekcji Domu Mody, a tym samym właśnie talia. Jak zawsze, tak i tym razem króluje elegancja i szyk glamour. Do łask wracają spodnie z kantem o długości do ziemi i oczywiście z wysokim stanem. Elegancję podkreślają zwiewne sukienki do połowy łydki, sukienki koktajlowe, szykowne płaszcze. Tym razem jednak język Diora staje się bardziej rzeczywisty, nie mniej w nim magii, lecz mniej w nim "świata niedostępnego". Sam Raf Simons, dyrektor artystyczny, mówi, że przy tworzeniu kolekcji myślał o typowej "Lady Dior", lecz w połączeniu z "Lady zwyczajne życie", która ma dzieci, spędza wakacje nad morzem na piasku, uprawia ogród, ma chłopaka, który jeździ motocyklem, spaceruje ze swoim pupilem. Czyli ciuchowa bajka i realizm życia odzwierciedlone za pomocą połysku i matu, wzorów i jednolitości, maxi i mini, które łączą kolekcję w jedną całość. We wzorach przewija się gruba kratka, w której to właśnie doszukujemy się inspiracji stylem japońskim. Do tego toporne, duże kozaki na koturnie i dwuwarstwowe stylizacje - sukienki i bluzki zakładane na drugie bluzki lub golfy, co niekoniecznie idealnie pasuje lub zlewa się kolorem, wzorem czy fasonem. Kilka płaszczy typu "worek" al'a kimono, jedyne nie podkreślające talii. Tyle z Japonii. A ze wzorów jeszcze trochę etno, potem już tylko jednolitość. Dużo imprezowego, cekinowego połysku lecz dla równowagi tyle samo matu. Moja Mama zawsze powtarza, że trzeba się rozwijać, nie stać w miejscu. Dior się rozwija, tworzy nowy styl, lecz nie zapomina o swojej naturze. Jak zwykle kończąc oglądać pokaz, jestem oczarowana, dech mi zapiera, zamykam oczy i wchodzę w rolę modelek, które właśnie zeszły z wybiegu. Czuję kiełkujące szczęście, które mam nadzieję kiedyś się spełni i jak nowa kolekcja Diora - nie będzie tylko bajką, lecz również rzeczywistością. 










P.S.   6 pierwszych looków to moje ulubione! 
P.S2  Najchętniej pokazałabym Wam wszystkie 63 sylwetki... Moje zauroczenie nie zna granic. Jeśli też chcecie się zakochać - zapraszam na oficjalną stronę Diora po wszystkie looki, a tym bardziej po oglądnięcie pokazu!